sobota, 19 lipca 2014

Rozdział 6


                                        ,, Zwierz"
Nic, ale to nic nie może równać się z pięknem tego poranka...- Westchnęłam idąc na tyły domu.
Po drugiej stronie szybko zauważyłam piękną misternie rzeźbioną Fontanę, z której płynęła krystalicznie czysta woda, pod nią leżała na trawie dziewczyna wokół niej leżały uporządkowane kartki papieru i książki. Podeszłam do Lei, i cicho powiedziałam:
-Cześć
Moja przyszła nauczycielka otworzyła oczy i podniosła się na rękach.
-Hi- przywitała mnie
Spojrzała na mnie z nieskrywanym zaciekawieniem.
-Naprawdę niczego nie pamiętasz?- Spytała, patrząc na mnie swoimi wielkimi szarymi oczami.
Usiadłam koło niej na trawie pomiędzy papierzyskami, kręcąc przy okazji głową.
-Oh masakra, co za masakra, zrobię, co w mojej mocy, aby ci się dało przetrwać no, ale wiesz...
Pokiwałam potwierdzająco głową, pomyślałam o tym, co mnie czeka i zwątpiłam. Oni się szkolą od małego a ja... Szkoda gadać...
-Hmmm może zaczniemy od podstaw. Po pierwsze do każdego człowieka w wieku 16 lat przychodzi zwierzę, jest ono odbiciem osobowości tej osoby. Bronią one swojego właściciela jak i przyjaciela w czasie prób, często ginąc za niego...-Jej twarz przybrała smutny wyraz. Zamyślona nieświadomie przerwała.
-Hmmm, jakie zwierzęta dostali twoje rodzice?- Widać było, iż wyrwałam ją z jej myśli.
Spojrzała na mnie, w jej oczach czaiło się poczucie straty.
-Co się stało?- Spytałam nachylając się w jej stronę
-M-mój tata stracił zwierzaka on od tej chwili stał się nieobecny zapracowany...- Oczy się jej zalśniły- kochającego ojca znam tylko z opowieści mamy, kiedy jego labrador Trex zginął przyjmując cios skierowany na jego serce, załamał się lekko mówiąc...- Wydawała się w tym momencie nieobecna zaczęła przeglądać papiery zgromadzone wokół niej. Nie przeszkadzałam jej gdyż to była jej żałoba po ojcu, którego choć nie znała to pokochała... Nagle jej twarz rozjaśnił słaby uśmiech, ale jednak.
-Mam- wykrzyknęła, widocznie zdołała już oswobodzić się z przygnębienia.
Pokazała mi drzewo genealogiczne, które najwidoczniej należało do jej rodziny( rysunek na dole).
Oglądałam je z zaciekawieniem zamiast portretów były zdjęcia zwierząt najprawdopodobniej należące do danej osoby. Nagle tchnęło mnie to, że może mieć moje może i nie będzie tam zdjęć moich,, rodziców”, ale to też coś.
-Hmm Leia masz może moje drzewo?
Dziewczyna pokręciła współczująco głową. Westchnęłam chyba nigdy nic się nie wyjaśni... Dziewczyna podjęła przerwaną opowieść:
-Zwierzęta odzwierciedlają też nasze serce im potężniejsze tym silniejszy ich właściciel. Nasi przywódcy posiadają czempiony albo mustangi czy wilki albo szakale. Jestem ciekawa, jakie ty dostaniesz?
-Znając moje szczęście pewnie chomika!- Zaśmiałam się
Lia popatrzyła na mnie poważnie
-Nie nie sadzę...- Rzekła- Och jak już późno zaraz obiad!
Rzeczywiście z poranka zrobiło się popołudnie, nawet nie zważyłam jak przeminęło!
-Później masz ćwiczenia z Danem, da ci niezły wycisk!- Po tych słowach roześmiała się donośnie
-Już się boję- odpowiedziałam sarkastycznie czułam, że z każdą chwilą lubię Laie coraz bardziej/
-Bój się bój- powiedziała, nie chciałam się do tego przyznać, ale chyba naprawdę jestem przestraszona. Nigdy nie miałam broni w ręku!
Szybko pobiegłyśmy do domu na obiad.
                     Godzinę później...
-Rusz się!- Krzyknął do mnie z dołu Dan, dał mi chwilę przerwy abym się przebrała w wygodne ciuchy do walki.
Jednak ja niemająca pojęcia, co to znaczy nadal stałam nad komodą. W końcu wybrałam czarną koszulkę na ramiączkach i niebieskie krótkie spodenki. Schodząc na dół zastanawiałam się, czego ja się mam niby uczyć władać nożem czy może pistoletem? To jakieś dziwne w cywilizowanym świecie takie zdarzenia nie miały by miejsca! Ale no cóż... Czego się spodziewać po świecie, którego się nie zna z obcymi ludźmi a w dodatku z paranoją, że ktoś do ciebie mówi?
-Rose rusz, że się wreszcie!- Krzyczy zniecierpliwiony chłopak
-Już idę!
Szybko sadząc długie kroki zbiegłam na dół, z rozpędu wpadłam na Dana, który odsuwa się odemnie jak poparzony
-Uważaj trochę- mruczy gniewnie
Jego dobry nastrój wyparował jak z bicza strzelił, bez słowa skierował się do drzwi wejściowych bezszelestnie je otworzył i wyszedł, mi pozostało tylko podążać za nim.
Będąc na dworze, podniósł z ziemi dwa długie patyki. Jeden z nich rzucił w moim kierunku, z niemałym trudem złapałam go tuż przy mojej twarzy. Popatrzył na to niezadowolony, zmarszył lekko nos jakby oceniając mnie. Wyglądał na lekko zmartwione jak rodzice mówiący,, Z ciebie nic nie wyrośnie..."
Poczułam się lekko zażenowana, przecież w końcu nie jest tak źle, może i nie jestem jakąś sporcmenką, ale chuhrło ze mnie nie jest! Jeszcze mu pokaże!
Po chwili odwrócił się na pięcie, i skierował do lasu.
-Ja tam nie wejdę!- Krzyknęłam z przerażoną minom
On odwrócił się do mnie z krzywym uśmieszkiem.
-Ale wejdziesz...- Powiedział spokojnie
-Nie- odpowiedziałam hardo
-T-A-K
-Nie nie wejdę tam
Dan rzucił się do biegu i przerzucił mnie na plecy, wydałam z siebie zduszony krzyk. Uniósł mnie jakbym była piórkiem a nie 45 kilkoramową dziewczyną! Podążył ze mną na plecach w stronę lasu, dostałam ataku paniki starałam się wyswobodzić, ale to nic nie dało zacisnęłam oczy i myślałam o czymś miłym, ale to nic  nie dało mój oddech stał się płytki i przerywany zaczęłam się dusić. Znowu wierzgałam jednak z każdą chwilą coraz mniej, walczyłam o każdy oddech, tak było za każdym razem, gdy znalazłam się w lesie. Dan wyczuł chyba, że coś jest nie tak gdyż zdjął mnie ze swoich pleców na ziemię. 
-O boże, co ja zrobiłem- wyszeptał
Musiałam być trupio blada gdyż położył moją głowę na kolanach i sprawdził oddech. Moje nadal zaciśnięte oczy, przepuszczały minimalną ilość światła.
-Rose słyszysz mnie- walka o oddech była trudna, więc jedynie pokiwałam głową
Najwyraźniej odetchnął z ulgą
-Co się sta..- W tym momencie wstrząsnęły mną drgawki. Słyszałam jak chłopak kładzie mnie szybko na ziemię i biegnie po pomoc musieliśmy iść, co najmniej 20 minut, wgłoąb więc liczę na to, że stracę przytomność, czuję ukłucie w ramie i rzeczywiście nastaje ciemność
Powoli odzyskuje przytomność, otwieram oczy i wiedze nad sobą drewniany sufit. Uff jestem w domu, podnoszę się na rękach i zauważam, iż to nie mój pokój jestem w małym pomieszczeniu, wszystkie okna są pozasłaniane. Nagle do pokoju wchodzi Will.
-O obudziłaś się, mój nierozsądny brat zostawił cię w środku lasu podczas drgawek w pozycji, w której równie dobrze mogłabyś się zakrztusić i zabić!- Mówi z krzywym uśmiechem identycznym jak jego brata.
Odruchowo dotykam szyi, tak łatwo mogłam zginąć przez jeden głupi błąd. Podnoszę się na nogi.
-Oh nie nie martw się od razu jak się ulotnił wkroczyłem do akcji- widząc moją strapioną minę dodaje- Pewnie cię teraz szuka, ale ostrzegam nadal jesteśmy w lesie, więc no...
Niepewnie chwytam się parapetu okna obok mnie, a więc mój koszmar się nie skończył znów zaczyna brakować mi powietrza, chłopak szybko to zauważa i znika z niego dawna radość zastąpiona troską. Podchodzi do mnie i chwyta mnie za rękę
-Oj przepraszam nie powinienem- mówi patrząc na mnie badawczo i z skruchą
Kiwam głową w przód i tył. Rozpoczynam nierówną walkę, ale czuje, iż jego dotyk dodał mi nowych sił, siadam na łóżku.
-Chcesz lek rozluźniający?- Pyta chyba nie wie, co zrobić, aby to wszystko ustało
Kiwam przecząco głową, nie nie teraz mogę jeszcze wygrać. Kiwa ze zrozumieniem głową myślę, że naprawdę rozumie, kładzie mi rękę na ramieniu w pocieszającym geście i nagle wszystko ustaje, zachłystuje się Świerzym powietrzem...
-Udało się?- Pyta
-Tak pierwszy raz od od...
-Od czego?- Zaciekawiłam go jeszcze nikomu nie mówiłam o tym, co zobaczyłam w lesie podczas tamtego feralnego dnia a tu nagle chce się otworzyć przed zupełnie obcym chłopakiem. Sama się sobie dziwiąc zaczynam opowiadać:

-Zaczęło się to 3 lata temu podczas szkolnej wycieczki, odłączyłam się od grupy i weszłam do lasu gdyż to było miejsce gdzie w tym czasie czułam się bezpiecznie, a od początku dnia czułam, że ktoś mnie ściga wtedy to o 14 zauważyłam samotnego osobnika idącego za nami, kiedy jednak pokazałam go przyjaciółką droga była czysta, zobaczyłam go jeszcze parę razy za każdym razem oprócz mnie nikt go nie widział, nagle podszedł tak, blisko że przystanęłam na chwilę i on wtedy zaczął do mnie biec ja szybko czmychnęłam do lasu a on pognał za mną. Nikt tego nie zauważył gdyż wszyscy śmiali się z przodu. Ja biegła, co tchu coraz głębiej i głębiej a on za mną nagle wylądowałam na polanie i jego nigdzie nie było i wtedy zza drzewa wyszło zwierze czarne jak smoła. Ja poczułam przerażenie, ale i radość jakby odnalazła część siebie poczułam się doskonale i wtedy.. On ten człowiek strzelił i zabił go...- Do moich oczu napłynęły łzy- Poczułam ból i wtedy oni się rozpłynęli a mi pozostał ból starałam się wyjść z lasu jednak wszystkie szlaki to była ślepa ulica w końcu głodna i przemarznięta zostałam odnaleziona, i wszystko powinno sie zakończyć happy Endem, ale nie ten rozdzierający ból został...- Tak długo wstrzymywane łzy pociekły po mojej twarzy, Will podbiegł do mnie i przytulił, jego czarna koszulka była mokra. Uspokająco gładził mnie po włosach, i tak wyczerpana zasnęłam...



Brak komentarzy: